- Molly! - przynieś nam piwo! - krzyknął dwudziestoczteroletni szatyn. Nastolatka akurat siedziała w kuchni, przy białym stole.
Kuchnia była średnich rozmiarów. Pod ścianą znajdowały się jasne, kremowe szafki, a blat był pokryty białymi kamyczkami. Obok stałą ogromna lodówka zawsze pełna mrożonek i alkoholi. Mały, srebrny piecyk stał po drugiej stronie. Po środku znajdował się duży, kwadratowy stół z czterema białymi krzesłami.
Odłożyłam nóż i wstałam. Sięgnęła po jeden czteropak piwa i udała się w stronę kuzyna. Alex siedział w salonie.
Było to duże, przestronne pomieszczenie, w którym chłopak uwielbiał robić imprezy. Czerwona, skórzana kanapa, przy szerokim czarnym stole, grafitowe ściany, ogramy telewizor i specjalistyczny sprzęt dla DJ'a.
- Ej, stary. Ona to chyba zawsze będzie sama, nie? - odezwał się blondyn, który razem z Alex'em i
resztą kumpli grali w Fifę. Kuzyn zmiażdżył gościa wzrokiem.
- Lepiej uważaj, co pijesz - warknęłam w jego stronę.
- Malutka, ty weź stąd spierdalaj, dam pobawić się dużym chłopcom. I to szacunku, gówniaro - mruknął podirytowany.
- Mike, odpuść - zainterweniował szatyn - Dzięki Molly - wziął ode mnie piwo. Wyszłam poddenerwowana. Mój kuzyn miał dziewczyn na pęczki. Umawiał się tylko z fotomodelkami. Tak i jego kumple. A ja? Ja jestem zwyczajną, przeciętną dziewczyną. Nie jestem chuda, mam nawet trochę więcej tu i tam. Nie mam lśniących blond włosów sięgających pasa. A jedynie brązowe falowe, które przykrywały, dość wydatny wprawdzie biust. Mam zielone oczy schowane pod okularami. Korekcyjnymi oczywiście, nie słonecznymi. I jestem tylko uczennicą liceum, bez żadnych perspektyw w przyszłości. Tak naprawdę, to jestem nikim.
Wróciłam do kuchni i dokończyłam zapiekankę, po czym udałam się do swojego pokoju. Wręcz uwielbiałam to miejsce. Alex i ja mieszkamy w domku jednorodzinnym. Na parterze znajdują się łazienka dla gości, salon i kuchnia z jadalnią, jak już wspomniałam. No i mój pokój oczywiście. A piętro zajmował zazwyczaj Alex, miał tam swój pokój, biuro, własną łazienkę i skromną siłownię.
Moje łóżko stało tuż pod oknem, było ono całkiem sporych rozmiarów. Obok niego stało biurko z zdjęciami martwych już rodziców.Na wprost wyrka stała ogromny regał z książkami, grami i filmami. Po prawej szafa z ubraniami. A po drugiej stronie pokoju drzwi do mojej własnej malutkiej łazienki.
Wzięłam jedną z książek fantasy i położyłam się na łóżku. Zapaliłam waniliową świeczkę i zaczytałam się w lekturze. Nawet nie wiedziałam, że z południa zrobił się wieczór. Wstałam i wzięłam szybki prysznic. Nastawiłam budzik i poszłam spać.
- Nie musisz tego robić - słyszę głos ojca we śnie.
- Alwin! - krzyczy mama.
Wszystko zalewa szkarłatna czerwień. To takie tło, jak na ekranie komputera. Stoję z białą różową na cmentarzu. Otacza mnie gęsta mgła. Idę przed siebie. Potykam się, upadam i wstaję. Spoglądam w dół. Stoję nad grobem rodziców. Z oczu płyną łzy.
- Molly! Molly! - czuję silne ręce na moich ramionach.
- Znowu? - zapytałam, na co Alex pokiwał głową.
- Może powinnaś z kimś o tym porozmawiać? Minęło pół roku od wypadku. Od tego czasu nie potrafisz się wyspać - dodał.
- Nic mi nie jest, Alex. Samo przejdzie - uśmiechnęłam się, wycierając wierzchem dłoni mokre policzki.
- Umówię cię jutro do psychologa. Na najbliższy termin.
- Nie potrzeba - mruknęłam.
- Potrzeba - warknął Alex - Co się z tobą dzieje? - spytał.
- Nic. Muszę iść spać - odparłam i odwróciłam się plecami do chłopaka. Usłyszałam głośne westchnięcie, a po chwili zamknięcie mahoniowych drzwi. Reszta nocy upłynęła spokojnie.
Dzisiejszy dzień był jak każdy inny. Wstałam, wyprostowałam włosy, umyłam zęby. Jak każdego ranka miałam problem co na siebie założyć, tak dzisiaj szybko wybrałam długie ciemne dżinsy, czarny top i sweter z długimi rękawami, które sięgają knykci. Zjadłam śniadanie, zabrałam czarną torbę. Założyłam adidasy i narzuciłam na siebie skórę.
- Uważaj na siebie - pożegnał mnie, jak co dzień Alex.
- Ty również - odparłam i wyszłam z domu. W pół godziny doszłam do szkoły.
Ten budynek zawsze napawał mnie niechęcią. Był obskurny. Szare, zniszczone ściany, aż osypywały tynkiem chodnik. Dziw, że jeszcze jej nie zamknięto. Ruszyłam do sali lekcyjnej, gdzie na start czekała mnie biologia. Lubiłam ten przedmiot. Nauczycielka opowiadała wszystko w sposób, który interesował ucznia. Lekcje z panią Sprout zawsze były udane i luźne, nie to co na matematyce. Gdy dobiła godzina dziewiąta, do klasy razem z nauczycielką wszedł chłopak.
Pani Sprout była naszym opiekunem szkolnym. Gdy ktoś miał problem zwracał się właśnie do tej przesympatycznej, czterdziestoletniej brunetki. Nosiła duże, okrągłe okulary, zawsze była w dużych swetrach i dżinsach.
- To jest Paul. Od dzisiaj będzie uczęszczał z wami na zajęcia - przedstawiła nowego ucznia.
- Chwila. Czy on nie jest z drugiej c? - zapytał ktoś z przodu. Nigdy nie wiedziałam kto. Byłam tak trochę odludkiem, outsiderką. Zawsze patrzyłam w okno, albo zeszyt, albo na tablicę.
- Tak. Przepisałem się. Coś z tym nie tak? - odparł.
- Nie... A to prawda, że zrobiłeś to tylko i wyłącznie, o ciebie tam gnębili? - padło pytanie, któregoś chłopaka.
- James. Starczy - mruknęła pani Sprout - Obok Molly jest miejsce - uprzejmie zwróciła się do nowego w klasie. Słysząc swoje imię spojrzałam na chłopaka. Był to wysoki brunet, o lazurowych oczach, jakich świat jeszcze nie widział. Pod czarną koszulką rysowały się mięśnie. Na pewno miał powodzenie u dziewczyn.
- Cześć - rzucił i usiadł wyciągając nogi.
- Hej - odparłam głupio.
- Molly, tak? - uśmiechnął się.
- Jak najbardziej. Paul - wymówienie jego imienia bardziej przypominało pytanie, niż zdanie twierdzące. Boże, jaka ja jestem głupia.
~~~~~~
Hej!
I jak pierwszy rozdział? Kończę tutaj, bo nie chciałam, by był on zbyt długi, a i tak się troszkę ciągnie. Akcja powoli się będzie rozkręcała i pewnie będzie mniej opisów miejsc.
Dzięki za przeczytanie :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz